Józef Baran

Zaułek poety

cóż mówić o kosmosie
gdy się w lipę wpatrzeć
można się zatracić (...)

Krótka adoracja królewskiej lipy

PRZEZ KRESY

(fragment dziennika podróży po Ukrainie)

Siedmiodniowy pobyt na ziemiach pamiętających okres dawnej świetności Rzeczypospolitej ( w sumie zatoczyliśmy w naszej wędrówce przez dawne Kresy pętlę o dług. 2000 km) pozostawił krańcowo sprzeczne uczucia - jak kolory zachodzącego słońca rozszczepiające się w jeziorkach i stawach w okolicach Jampola: w odcienie szmaragdu, atramentowej niebieskości, zieleni, purpury, a nawet czerni...

Na pewno nie była to zwyczajna wycieczka turystyczna. Nawet mnie odpornemu na uniesienia patriotyczne rodem z “Mochorta” – dostarczyła wielu wzruszeń. Rozumiem teraz powiedzenie zasłyszane od pewnego starego kresowiaka, iż każdy Polak winien się tam znaleźć przynajmniej raz w życiu.

Co jakiś pryskał czar Podola, gdy do poezji wkradała się skrzecząca proza współczesnej Ukrainy (ot jeden z przykładów: muszla klozetowa w ciasnej łazience hotelowej tak zaprojektowana, że przy siadaniu buty należało trzymać w brodziku pod prysznicem).

Ponad wszystko jednak pozostało uczucie zachwytu nad pagórkowatym krajobrazem Podola - z jarami-niespodziankami - tylekroć opiewanym w poezji i pieśniach.

Otwarte przestrzenie ciągną się hen daleko we wszystkie strony aż mąci się w głowie. Gdzieniegdzie na wyjątkowo urodzajnych wyżynnych czarnoziemach pojawi się kępka oczeretów. Gdzieniegdzie wystrzeli wioska, gdzieniegdzie pokażą się na horyzoncie zapracowane sylwetki ludzkie. A bywa, że jak okiem siegnąć nie uświadczysz prze wiele kilometrów żywej duszy. Na szczęście nie grasują na drogach zbójcy, czyli mafiosi, o których tyle się nasłuchaliśmy przed wyjazdem. Nikt nas nie zaczepiał i nie żądał okupu poza pucułowatymi, krępymi milicjantami w czapkach-degolówkach, którzy pięciokrotnie legitymowali naszego kierowcę (za ostatnim razem “skutecznie”: wlepili mu mandat).

Uczucie zachwytu miesza się z nostalgią, gdy co raz napotykamy na niszczejące pamiątki historii: polskie kościoły, kaplice, dwory, zamki, pałacyki, pałace, dworki – w opłakanym stanie; wołające daremnie o pomoc. Z niektórych pozostały tylko baszty i kolumny gdzieś w szczerym polu (np.cudowny, klasycystyczny kościół w Podhorcach) czy na wzgórzach (zameczek w Olesku, ruiny zamku królowej Bony w Krzemieńcu); z innych - szczątki murów (np. w Barze). Ale są też odrestaurowane budowle lub mury, których czas nie potrafił skruszyć i trwają nie remontowane. Nie poddają się przemijaniu. Spotykaliśmy kościoły obandażowane w środku rusztowaniami na znak, że miejscowy ksiądz porwał się na heroiczną próbę odnowienia wnętrza, choć nie może liczyć na pomoc z Kraju. Czy można go winić za to, że bez dorady konserwatora lekkomyślnie zdarł przeżarte nawozami bezcenne polichromie, co w oczach fachowców jest barbarzyństwem?

Słynna ogromna kolegiata w Krzemieńcu, gdzie uczył się m.in. Słowacki i wykładał Lelewel tak okropnie zapuszczona i odrapana (mimo że studiuje w niej półtora tysiąca przyszłych ukraińskich nauczycieli), że od dawna prosi się o odmalowanie i renowację.

***

Po 1990 oddano wiele kościołów w polskie ręce albo przemieniono w cerkwie grecko – katolickie. W niektórych mieściły się muzea ateizmu, w innych magazyny. Kościół klasztorny w Zbarażu służył za komuny jako magazyn nawozów sztucznych. Przeżarły one wnętrze tej wspaniałej barokowej świątyni. Pod Zbarażem okutana w chustkę babina zbiera babkę czy miętę dla kurcząt i pachną intensywnie głogi. W środku portrety Chmielnickiego, galeria bohomazów i prawie żadnej pamiątki po kilkusetletnim polskim panowaniu. Jednak to Ukraińcy okazali się po wiekach zwycięzcami. Mury twierdzy w Kamieńcu Podolskim znakomicie zachowane - poprzerastane kwiatami zioła zwanego Bożym Ciałem. Tak, toczy się bój na śmierć i życie pomiędzy naturą a wytworami ludzkiej ręki. Wiosna jest wieczna, historie przemijalne; można się o tym przekonać na stokach twierdzy pod Chocimem, gdzie na piszczelach i szkieletach poległych w kolejnych bojach pasą się kozy i szaleńczo kwitną rozmaite zioła i kwiaty. Z tej urwistej skarpy koło twierdzy Polacy zepchnęłi w czasie bitwy w 1673 aż 5000 Turkow do Dniestru; w tamtej poprzerastanej trawą i dzikim bzem części twierdzy – więziono setki Laszek w haremie...Na ten swoisty kresowy przekładaniec składają się obrócone w proch czambuliki tatarskie i stanowiący omastę dla czarnoziemu polegli rycerze polscy; Kozacy, Turcy, Ormianie, Wołosi, Niemcy, wreszcie żołnierze ukraińscy. W tym przekładańcu zaklęta jest pamięć o wielkich i tragicznych wydarzeniach...

Ileż tych śladów dawnej historii porozrzucanych po całym pięknym Podolu! Prezes Światowego Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Złoczowskiej Roman Maćkówka tak zorganizował i zakomponował trasę naszej wycieczki autobusowej, by nie uronić nic z tego co ważne.

Jak w kalejdoskopie pojawiały się i rozpływały niczym w śnie tak drogie sercu każdego Polaka miejscowości, jak m.in.: Lwów, Złoczów, Tarnopol, Podhorce, Olesko, Białykamień, Werhobuż (skąd wypływa Bug), Zborów, Zbaraż, Trembowla, Chocim, Piławce, Kamieniec Podolski, Bar, Winnica, Krzemieniec, Brody...W niektorych miejscach zatrzymywaliśmy się na chwile, w innych – na kilka dni. Miejscowości znane z podręcznika historii lub z “Trylogii”. Tamtym jarem przedzierał się do króla z prośbą o odsiecz dla Zbaraża - Skrzetuski. W tej kamienieckiej baszcie wysadził się Wołodyjowski (w rzeczywistości wyleciał w powietrze wraz z kilkuset obrońcami przez przypadek). W zamku podhoreckim ucztował i bawił się potężny hetman Koniecpolski. Wyobraziłem go sobie – ach, te moje chłopskie resentymenty! - jako wspaniałego Złotego Trutnia mającego na oku panoramą widokową na Podole i na kilkaset tysięcy pszczół robotnic, które w jego latyfundiach zbierają miód i znoszą do ula - zamku. W Olesku urodził się przyszły król Jan III Sobieski. W oleskich piwnicach klasztoru pokapucyńskiego nagrobki brzuchatych rycerzy Sieniawskich, którzy odpoczywają w kamieniu snem wiecznym zakuci w zbroje, gdyż przeniesieni to zostali pośmiertnie z rodzinnych Brzeżan.

***

Władali tymi ziemiami: książęta ruscy, panowie polscy, Turcy, Tatarzy, Rosjanie, Ukraińcy. W wielu wypadkach trudno mówić o “sprawiedliwych granicach”, skoro ziemie przechodziły z rąk do rąk. Trudno też o wytyczyć te granice w ludziach: skoro jakże często przychodzili na ten świat w rodzinach mieszanych. U niejednego mieszkańca tej ziemi występuje swoista mieszanka krwi: polsko – ormiańsko – turecko – tatarsko - ukraińsko – wołosko – rosyjska....Niektórzy, nawet manifestujący swoją przynależność do kościoła polskiego, są rozbici wewnętrznie do tego stopnia – o czym opowiadał nam polski ojciec kapucyn z Winnicy – że nie odczuwają żadnej tożsamości.

Dwie kobiety siedzące na ławeczce przed katedrą kamieniecką - gdzie przysięgał ongiś mały rycerz Sienkiewicza i gdzie ma dziś pomniczek pułkownik Jerzy Wołodyjowski - to matka i córka.Wdaje się z nimi w rozmowę. W matce – Oldze (urodziła się na Syberii, gdzie zesłano jej matkę pół – Polkę, ktora nie zdecydowała się na repatriację, choć wszyscy krewni wyjechali do Polski) - płynie tylko ćwiartka krwi polskiej po dziadku Wołosińskim. Nie lubiła komunistów, ale – niestety – przyznaje, że teraz wcale jej los się nie poprawił. Córka – studiuje na wydziale plastycznym w szkole pedagogicznej i też ją ciągnie do polskości. Obie przychodzą często do kościoła polskiego. Pytają mnie czy tak można, skoro właściwie przynależą do cerkwi prawosławnej. Słuchają mojej odpowiedzi z uwagą jakbym był kościelnym jurystą.

A ja kiwam głową, że, owszem, można. Mowię: ostatecznie Bóg jest jeden. Podobnie Jezus Chrystus. W zasadzie kościoł i cerkiew różnią się jedynie formą obrządku.

Dorośli od pewnego czasu uczą się wraz z dziećmi polszczyzny, w otwartych od paru lat sobotnio-niedzielnych szkółkach języka polskiego. Tych szkół coraz więcej. Uczy się w nich też coraz więcej Ukraińców.

Mimo wszystko nie da się ukryć, że krzewienie wiary i polskości wśród tych zukrainizowanych rodaków, nie znających często polskiego, to dla zakonników i księży pozytywistystyczna harowa od podstaw. Wymagąjaca niezwykłego taktu i dyplomacji. Kościoły i cerkwie (przede wszystkim – unicka) są poddawane sowieckiej inwigilacji. Rosjanie nie chcą pozwolić na oderwanie się Ukrainy od Rosji, na utracenie wpływów na rzecz np. Polski.

*** 

Dla niektórych uczestników naszej wycieczki była to podróż sentymentalna do miejsc dzieciństwa, gdzie spędzili pierwsze lata i gdzie, żyli ich przodkowie, zanim zostali pomordowani przez bandy UPA albo wysiedleni do Polski. – To staw, nad który przychodziłam z ojcem, gdy miałam 5 lat. – wyrywa się nagle krzyk pani Zofii. Przez parę kilometrów jazdy – nie potrafi opanować wzruszenia i ociera chusteczką oczy. Pan Jan ma już za sobą wielkie emocje bycia po raz pierwszy po wielu latach w miejscu, gdzie się urodził. W tym roku – uzbrojony w większy już spokój pokazuje nam nadjedzony przez korniki drewniany wiejski kościółek, gdzie jego rodzice brali ongiś ślub.

W tym momencie pomyślałem o podróżach sentymentalnych Niemców na Ziemie Zachodnie. Czy można im mieć za złe, że przyjeżdżają i fotografują się na tle domów?

Zdaniem współtowarzysza podróży doktora Henryka Kotarskiego, historyka – kresologa, który zajmuje się na tych ziemiach od wielu lat utrwalaniem i katalogowaniem śladow po bitwach XVII - wiecznych – niemal połowa polskiego dorobku kulturowego pozostała właśnie, na Kresach i nie sposób jej pominąć. Odcięcie się od tej przeszłości, to jego – zdaniem – rodzaj samobójstwa...- Jeśli nie chcemy się czołgać na kolanach do wspólnoty europejskiej, musimy mieć jakieś atuty, bogactwo tradycji, świadomość, że to my przesunęliśmy granice Zachodu daleko na Wschód. Kultura zachodnia, którą tu przeszczepialiśmy przez wieki gospodarzenia na tych ziemiach ma oczywiście specyficznie lokalny koloryt i dlatego jest oryginalna. Przez wiele lat nie mogliśmy wykazywać jawnego zainteresowania sarmackim dziedzictwem kulturowym: dziełami sztuki, zabytkami, architekturą, malarstwem, które pozostało gdzieś poza granicami byłego PRL, po tamtej stronie Bugu...

***

Jednak uczucie zachwytu opływowymi, kobiecymi kształtami krajobrazu wyżynnego Podola i nostalgii za tym , co bezpowrotnie minęło – mieszają się z bezradnym współczuciem dla spotykanych co krok Polaków lub mieszańców polsko – ukraińskich. Nasi odłączeni od macierzy bracia i nasze siostry cierpią nie ze swojej winy nędzę i upokorzenie. Generalnie brakuje tu elit intelektualnych. Polonia jest słabo wykształcona. Nie dojada. Co my w kraju robimy, żeby im pomóc? Uderzmy się w piersi. Jeśli nawet ta pomoc jest niesiona, to bywa rozproszona, nie ujęta w jednorodną formę organizacyjną. Zwiazek Złoczowian mający swoje filie w kilku miastach w Polsce, a nawet na świecie i starający jakoś pomagać odłączonym rodakom ze Złoczowa to jeden z chlubnych wyjątków.

Zresztą sytuacja większości Ukraińców (poza politykami, biznesmenami i mafiosami: jakże często występującymi w jednej osobie) jest dramatyczna. Ludzie tu nie otrzymują od miesięcy wypłaty, drogi są w w rozpaczliwym stanie, słupy elektryczne często powywracane, trolejbusy we Lwowie wyglądają jakby je wynaleziono na złomowiskach, a autobusy turlają się po wybojach, sprawiają wrażenie prehistorycznych wykopalisk. Wszędzie “bardak”, nieporządek, bezguście. W Poczajowie na górze złocą się wieże cerkwi, a na dole – brzydkie budy kramarczne i chałupy nastawiane bez ładu i składu. Jak w złym socrealistycznymm śnie pojawiają się często na drogach, przy ryneczkach - pomniki gierojów: potężnych postaci z kałasznikowami, mieczami. Takie postacie próbują np. przesłonić widok Kolegiaty krzemienieckiej. Tu i tam trafi się wiecznie żywy Lenin (naliczyłem ich na trasie pięciu), o ile nie przemienił się w międzyczasie w Szewczenkę. W Trembowli na rynku np. ten znakomity romantyczny poeta ma rysy Illicza. Zachodzi podejrzenie, że miejscowy architekt po roku 90. poddał lekkiemu retuszowi twarz wodza rewolucji, bo szkoda było “marnować materiału” i przemienił go w wieszcza ukraińskiego.

- Jestem Kazimirz Iwaszkiwicz – przedstawia się śpiewnie na stacji w Zborowie stary człowiek czekający na nadjeżdżającą ciuchcię.

- Niech żyje Polska na Ukrainie – wznoszą bojowy okrzyk na nasz widok dwie Polki starowinki przy wejściu do katedry polskiej w Kamieńcu Podolskim, gdzie odbywa się uroczysta msza połączona z procesją majową przy udziale kilkuset tutejszych rodaków. Śpiewa się tu jeszcze pięknie i soczyście stare zapomniane w Kraju kantyczki. Ale biskup kamieniecki musi w drugiej części kazania powtórzyć to co mowił, także i po ukraińsku, bo większość nie rozumie w pełni polszczyzny.

Najbardziej poruszył mnie widok starszej kobiety na rynku w Trembowli. Przedstawiła się polskim imieniem i nazwiskiem. Poprosiła o chleb i parę grywien. W ręku – torba z butelką po oćcie. Szła własnie, żeby tę butelkę sprzedać, ale sklep był zamknięty. Nie miała od wczoraj nic w ustach.

W Winnicy – według spisu sprzed 10 lat jest 40 tys. Polaków na 400 tys. mieszkanców. W ślicznym jakby z XVII w. wyjętym Kamieńcu – 20 tysięcy przyznaje się do polskości, choć Polski tu nie ma już 200 lat. W prawie każdej napotkanej miejscowości stykaliśmy się z naszymi braćmi, którzy klepią biedę i przeżyli straszne rzeczy, włącznie z wywózką na Sybir. Boli serce, że to nasi rodacy. Boli serce, że nie można ich z sobą zabrać. Mit polskich “szklanych domów” znow zaczyna oddziaływać na ich wyobraźnię. Kobiety, mężczyźni spotykani na na ulicach, pod kościołami i ci pracujący w polu, kiedy dowiadują się, że jesteśmy Polakami z kraju – pytają natychmiast, czy nie moglibyśmy im pomóc w załatwieniu dla nich pracy. Polska jest w wyobrażeniach napotykanych Ukraińców jakąś małą Ameryką. Chcieliby tam jechać i pracować choćby na czarno. – Tu nie ma żadnych perspektyw – mówią. Zukrainizowany Polak spotkany pod Okopami św. Trójcy (to nie tylko metafora poetycka; naprawdę istnieją takie pagóry, gdzie bronili się konfederaci barscy i toczyła się akcja “Nieboskiej Komedii”) wypalił trochę po polsku, trochę po ukraińsku: - Nam treba Hitlera, albo waszego Kwasniewskiego, sami niczoho nie zrobymo.

Dlaczego Hilera skojarzył z Kwaśniewskim – tylko on wie...W każdym razie jedno jest pewne: marzy im się jakiś dobry car-batiuszka, łagodny zamordysta, który zrobiłby porządek z mafią i zaprowadził ład i porządek. Niech by to był nawet Stalin! (…)

(1999)