Józef Baran

Zaułek poety

cóż mówić o kosmosie
gdy się w lipę wpatrzeć
można się zatracić (...)

Krótka adoracja królewskiej lipy

RECENZJE

Grzegorz Chojnowski – radio RAM i RADIO WROCłAW

Na 235. stronie książki Józefa Barana jest o snach. O tym, że bywają ciężarem pozostałym z naszych lat dawniejszych. Z takich snów budzimy się chętnie i z ulgą. Ale są też sny-marzenia, w których unosimy się ponad powierzchnią ziemskich losów, spotykamy nieżyjących przyjaciół (Józef Baran gości u Artura Sandauera). Takie sny potrafią wprowadzać w wymiar literacki, nierzeczywisty, choć rzeczywistość podkreślający. Takie sny konsekwentnie, powtarzalnie i uparcie przebijają się jak kret „przez duszne podziemne/ labirynty Minotaura/ bez końca/ w stronę słońca”, jak poetycko definiuje je autor jednego z najciekawszych dzienników w dzisiejszym polskim piśmiennictwie.

„Przystanek Marzenie” to ciąg dalszy wychwalonego „Koncertu dla nosorożca”, tomu zapisków wydanych trzy lata temu. Krakowski poeta zatrzymuje własne i cudze chwile, od relacji miękko przechodząc do refleksji, która nienachalnie odkłada się w czytelniczej świadomości i z pewnością powróci kiedyś w codziennych dyskusjach i myślach. Oraz czynnościach. Widząc w restauracyjnym menu łososia po, dajmy na to, indiańsku przypomni się fragment na temat amerykańskiej historii tego smakowitego rybiego gatunku. A zaraz potem niweczące ochotę na zamówienie postscriptum o trującym wzrok barwniku w łososiu obecnym. „A to zdrajca – łosoś! – pisze Józef Baran. – A ja w niego tak wierzyłem. I tyle miejsca mu w swoim dzienniku poświęciłem, jak by był jakimś Czesławem Miłoszem albo co najmniej Kubą Wojewódzkim, moją ulubioną, najinteligentniejszą telewizyjną małpą”. Kpina i ironia to wierni kompani błyskotliwego dziennikopisania od zawsze, towarzyszący nie tylko autorowi „Przystanku Marzenie”. U Barana jednak celniejszym terminem byłaby przewrotność, z jaką nie dość dzisiaj doceniany poeta komentuje świat prozą równie przyjazną dla percepcji, co jego wiersze.

Poezji, tej współczesnej, też się w książce dostaje. Józef Baran nie przepada za tworzeniem dla „kolegów – krytyków i kolegów-poetów”, za zajmowaniem się tym, co teraz, bez uniwersalnego oddechu. Tacy pisarze „stracą czytelników, bo utwory adresowali do kolegów z tej samej generacji, którzy tymczasem przeistoczą się w dorobkiewiczów nieczytających już buntowniczych wierszy”. Trudno się nie zgodzić, zwłaszcza natykając się często w „Przystanku Marzenie” na lirykę Józefa Barana, poetycką wartość wyjątkową w czasach nam współczesnych. W jego pisaniu jest bowiem tradycja, czyli to, czego nowi boją się jak święconki. Ale mieszane uczucia ma autor także w stosunku do Tadeusza Różewicza, poety braku, odarcia ze złudzeń. „Cóż na to poradzę? – retorycznie pyta Baran. – Poezja jest dla mnie odlewem branym z duszy; zaczyna się dopiero od momentu zaprzeczenia oczywistości, że wszyscy umrzemy. Bez zanurzenia w marzeniu, wydaje się kaleka”. Czym jest więc rzeczywistość? „Przypomina pasy startowe, z których wyruszają w przestrzeń wszystkie samoloty wyobraźni”.

Znajdziemy w tym dzienniku kawał zwykłego życia, relację z podróży do Azji, anegdoty i erudycyjne wycieczki w światy ulubionych twórców, a nawet wierszowane żarty. Ale najbardziej interesujące i pozostające na dłużej są osobiste notatki, wyznania mężczyzny, który nie boi się szczerości, godząc się przy tym na dyktat gombrowiczowskiego dziennikowego dystansu. Paradoksalnie mówimy wtedy więcej niż drobiazgowo transmitując życiowe wydarzenia. Dziennik jako forma ludzkiej wypowiedzi pomaga też czasem odnajdywać siebie, a przynajmniej utrzymywać kontakt z sobą samym, bo „najtrudniej człowiekowi wiedzieć kim jest, to znaczy jaki jest i w związku z tym do czego się nadaje i co powinien zrobić, jakie życie wybrać”. Tak napisał do Józefa Barana w jednym z przytoczonych tutaj listów Sławomir Mrożek.

„Przystanek Marzenie” to mądra rozmowa z myślami i wspomnieniami. Śniło mi się, że będzie ciąg dalszy.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

IRENA WYCZÓŁKOWSKA – RADIO OPOLE

Bywa tak niesłychanie rzadko, ale jednak na szczęście się zdarza: poeta chwalony przez najbardziej surowych krytyków literackich – i  jednocześnie  poeta ulubiony  wielu ludzi, którzy na ogół od poezji stronią, narzekając, że trudna, że nie dla nich...Słyszałam o osobach, które noszą tomiki tego szczęśliwca przy sobie, nie rozstając się z nimi, jakby to był amulet, a może  pokrzepienie w trudnych chwilach. Młodzież z entuzjazmem słucha jego wierszy śpiewanych przez zespół Stare Dobre Małżeństwo. Mówię tu, jak pewnie się Państwo domyślają, o popularnym krakowskim poecie Józefie Baranie, twórcy o bogatym dorobku, w którym łączy, tu słowa Czesława Miłosza, „tradycyjne polskie wartości z nowoczesną formą”. Wszystkich, którym bliska jest ta poezja kunsztowna, pełna wdzięku i ciepła, poezja, która jak orzekł Artur Sandauer,  „umie trafić bezpośrednio do serc ludzkich”, na pewno ucieszy wiadomość, że w wydawnictwie Zysk i Spółka ukazała się właśnie najnowsza książka Barana –Przystanek Marzenie. Jest to kontynuacja  przychylnie przyjętego przez czytelników „dziennika z przełomu wieków”, pod tytułem Koncert dla nosorożca. Książka  zdaje się  całkowicie drwić z wszelkich zasad  jedności gatunku literackiego. Bardzo zgodnie sąsiadują w niej dawne i nowe wiersze Barana, utwory jego przyjaciół, listy od nich, relacje z  dalekich podróży, nader osobiste opowieści o ciężkiej chorobie, która nękała poetę,  o rodzinie, a także   bardzo zabawne anegdoty  z życia krakowskiej cyganerii artystycznej – i jeszcze można by tu wyliczyć ileś wątków,  spostrzeżeń takich i siakich. I o dziwo, ta barwna mnogość  nieomal stwarza wrażenie, że słyszy się głos autora, że przysłuchujemy się jego zwierzeniom, bo przecież każdy z nas jest taką konwersacyjną wiewiórką, zręcznie przeskakującą z tematu na temat. Mieszkańcy Opolszczyzny nie bez wzruszenia odkryją tu  liryczne wspomnienie o nieżyjącym już dziennikarzu „Nowej Trybuny Opolskiej”– Józefie Szczupale. Pochodził on z Borzęcina, jak autor, łączyło ich przywiązanie do stron swego dzieciństwa. Krakowski poeta nie może się nachwalić Miniatur, zbioru krótkich nowel  Szczupała, ich świetnych dialogów, zręcznych portrecików osób znanych im obu jeszcze z  dawnych czasów. I powiada, że te nostalgiczne obrazki, które utrwalały pejzaże, niegdysiejsze obyczaje i postaci wsi małopolskiej, mogły się opolanom wydać czymś bliskim ich niezapomnianym stronom  „zza Buga”. W książce Józefa Barana znajdziemy  również rozważania na temat zawiłych dróg, którymi stąpa literatura, sądy o współczesnej poezji. Nawet narzekając, sygnalizując  obecność wielu niedobrych zjawisk w naszej kulturze, poeta nie przywdziewa togi, nie wygłasza uczonej tyrady, daleki mu także nadęty ton publicystyki – mówi po swojemu, barwnie, obrazowo. I tak na przykład powiada: „Przeczytałem kilogramy wierszy [mowa tu o pracy w jury] i wiem co nieco o współczesnej młodej poezji. Bez odbiorcy zdaje się ona dziczeć, wykoślawiać i samotnieć. Zachowuje się jak stary kawaler, który zdziwaczał, zapuścił się, nikt go nie rozumie, i on z nikim nie próbuje nawiązać kontaktu”. A dalej mówi Baran o przyczynach tego osamotnienia i przytacza wiersz Władysława Zawistowskiego

„Wiersze wyprane”, gdzie mowa o papierowych wierszach pisanych przez papierowych poetów. I tu mały fragment tekstu: „Te wiersze nie krwawią,/ nie płaczą nocami/ nie pocą się ze strachu/ Są cierpliwe jak papier/ na którym je napisano”. Starania poety porównuje Józef Baran do sytuacji rozbitka, który ze swej bezludnej wyspy śle w butelkach zaszyfrowane listy – często giną   w falach, bywa też, że ich znalazca zniechęca się poszukiwaniem sensu tych niezrozumiałych  wiadomości. Pisarzy współczesnych dzieli autor na dwie kategorie: tych, którzy wręcz wychodzą ze skóry, by pokazać, jakimi to są „błyskotliwymi wirtuozami, supermanami pisarskiego słowa”, oraz  tych, „dla których akt pisarski jest równoznaczny ze zbliżeniem się do człowieka w jego upadkach i wzlotach, próbą podania mu ręki”. Jedni chcą olśnić bliźniego, drudzy, powiada Baran, jak ksiądz Twardowski, jak Kapuściński, „pochylają się nad jego biedą, pragną w niej ulżyć”. Chciałabym jak najserdeczniej  życzyć Państwu, aby w Nowym Roku, który tak niedawno się rozpoczął, nikomu  nie zabrakło lektur twórców właśnie tej drugiej grupy, poezji żywej, broń Boże – nie papierowej,  a także literatury, która będzie  pasjonującą wędrówką w stronę nieznanych światów.

 

Prof. Bolesław Faron - miesięcznik Kraków

Trzy lata temu Józef Baran, znany i uznany krakowski poeta opublikował w poznańskim wydawnictwie Zysk i S-ka Koncert dla nosorożca z charakterystycznym podtytułem Dziennik poety z przełomu wieków. Zwracam uwagę na ten podtytuł, gdyż wedle innego krakowianina, Ryszarda Nycza, literaturoznawcy "metatekstowa funkcja tytułu, określająca w pewien sposób
dzieło - najczęściej poprzez  wskazania jego tematu - mieści w sobie również komponent genologiczny, który się rozwija czasem w eksplicytną informację gatunkową sformułowaną w podtytule". Zwracam na to uwagę, gdyż Baran sięgnął tutaj po nową formę literacką, dotąd przez niego nie uprawianą, a mianowicie "dziennik". Napisał wówczas w Koncercie dla nosorożca:

"Moje pisanie dziennika kojarzy mi się niekiedy z czynnością zapamiętaną z dzieciństwa i polegającą na ubijaniu w beczce gołymi stopami zszatkowanej kapusty... Kapustę soliło się  arstewkami, dodawało kopru, marchwi, nawet jabłek. W dzienniku zakiszam w taki sam sposób wspomnienia, myśli, obrazy, sceny, nastroje... przyprawiam, ubijam, zgęszczam i zagęszczam..."

Przypomniałem tutaj te konstatacje genologiczne, gdyż książka Józefa Barana, którą dzisiaj zamierzam przedstawić czytelnikom "Krakowa", pt. Przystanek marzenie jest kontynuacją Koncertu dla nosorożca. To również "dziennik  poety", tym razem "z początku wieku". Bowiem czas narracji obejmuje tutaj dwa lata, a mianowicie 2007 i 2008. Oczywiście, w tej ramie jest miejsce na
retrospekcję, na wspomnienia, na powroty w przeszłość w smutną, aczkolwiek pełną nieraz zabawnych sytuacji, zakrapianych w środowisku pisarzy "czystą",

rzeczywistość PRL.

Dziennik rozpoczyna się ważną dla autora datą: 13 stycznia, a więc dzień, w
którym poeta skończył sześćdziesiąt lat. Stąd krótkie rozważania na ten
temat, zakończone charakterystyczną dla Barana nieco autoironiczną pointą:
"po kopie po chłopie?" Proszę zwrócić uwagę na pytajnik na końcu tej
sentencji. Okrągła rocznica urodzin to dla poety okazja do rozważań na poły
filozoficznych. W sukurs przychodzi Baranowi inny Krakowianin, profesor
Andrzej Szczeklik, doktor medycyny, autor głośnych ostatnio w kraju i za
granicą książek Katharsis i Kore, w których rozważa kwestie medycyny jako
sztuki, mocno inkrustując swoją wiedzę naukową kontekstami kulturowymi
(literaturą, sztuką, itp.). W Kore rozważa też kwestie starzenia się
("Człowiek starzeje się stopniowo, najpierw cichnie w nim ciekawość ludzi,
świata"). U Barana jak u Szczeklika tych kontekstów kulturowych mamy sporo,
a więc i własny wiersz Autoportret zimowy z popielniczką, i przypomnienie
Artura Sandauera, który oburzył się, gdy kolega poety chciał z nim zrobić
wywiad o starości, i list do Sławomira Mrożka, rodaka z Bożęcina,
podtarnowskiej wsi po przeczytaniu jego Baltazara, swoistego pamiętnika po
przebytej chorobie, zakończonej - wyleczoną na szczęście - afazją.
Przypominam te fakty, by zwrócić uwagę na wielowarstwowość dziennika poety.
Józef Baran buduje swoją opowieść z wielu warstw, z własnych i cudzych
doświadczeń, z własnych i cudzych tekstów. Sylwiczność i intertekstualność
są również - podobnie jak to w Koncercie dla nosorożca - domeną tej prozy.

Jest to - jak wspomniałem - "dziennik poety". Toteż anegdot, informacji z
życia środowiska literackiego, zwłaszcza Krakowa sprzed 1989 roku, a także
współczesnych znajdziemy w książce sporo, ze stałym miejscem spotkań, jakim
był krakowski Klub Dziennikarzy  "Pod Gruszką" . Uprzywilejowanym poetą,
kolegą Barana, który jawi się tutaj najczęściej, jest Adam Ziemianin, ongiś
współtwórca grypy poetyckiej Tylicz, z którą autor Koncertu dla nosorożca
sympatyzował. Pisze o nim zawsze serdecznie, zawsze ciepło, a zwłaszcza o
licznych - do czego się przyznaje - spotkaniach zakrapianych alkoholem.
Nazwisk poetów znajdziemy w książce sporo: od nieżyjących już klasyków, jak
Miron Białoszewski, Maria Dąbrowska, po współczesnych jak Anna Janko,
autorka Dziewczyny z zapałkami czy młodych autorek: Małgorzata Lebda, Beata
Kurek, Kamila Szutowska, Maria Duszka z Sieradza, Jadźka Malina z Trzebuni.

Mamy też w dzienniku Barana rozważania o kulturze wysokiej z czasów
"zgrzebnego PRL-u" i o dzisiejszej kulturze "małego ekranu" ("Co
ambitniejsze programy albo znikły albo są nadawane w godzinach duchów") i o
sytuacji współczesnej poezji, o salonach Anny Dymnej, o zalewie rynku
niskonakładowymi tomikami miernej jakości wierszy, o nadziei na lepszą
pozycję poetyckiego słowa u kilku młodych poetów. Nie zabrakło też, bo
zabraknąć nie mogło, również dywagacji na temat własnego warsztatu
poetyckiego, m.in. relacji miedzy jego tekstami a muzyką, czy o sporze z
postmodernistyczną formacją młodopoetycką. "Robię swoje - pisze - czyli
wierzę w sens pisania wierszy o ponadczasowych wartościach [...] W moim
przekonaniu liryka musi mieć ambicję wyłuskiwania z codzienności chwili
wiecznej i  docierania do jak najszerszej liczby odbiorców nie rezygnując
równocześnie z wysokiego poziomu artystycznego."

Podobnie jak w sylwicznej materii Koncertu dla nosorożca znalazło się tutaj
miejsce na reportaże. Wyróżniłbym w tekście Barana dwa: z podróży do
Singapuru i z podróży do Maroka. Pierwszy to plon wizyty u córki
przebywającej tam czasowo ze swoim mężem Holendrem, drugi rezultat wycieczki
z biurem podróży. Myślę, że czas spędzony w obu krajach, oraz charakter tych
wypraw odbiły się na jakości relacji. Dłuższy pobyt w mieście - państwie,
możliwość kontaktu z wieloma ludźmi pozwoliły Baranowi dokonać dość
wnikliwej wiwisekcji tego czterdziestoletniego tworu państwowego, jakim jest
Singapur. Dwutygodniowa wycieczka turystyczna do Maroka nie dała takiej
możliwości. Ja zresztą unikam pisania o podróżach par excellence
turystycznych, świadom faktu, że wiedza uzyskiwania o kraju, ludziach
podczas tego typu wypraw jest ograniczona, sztampowa. Doświadczenie
reporterskie poety, wyniesione z wieloletniej współpracy z "Dziennikiem
Polskim" czy redagowaniem "Wieści", uchroniły go przed banalnymi
spostrzeżeniami czy uproszczonymi sądami. I w tym reportażu mamy sporo
interesujących spostrzeżeń, wzmocnionych wyobraźnią poetycką, umiejętnością
konfrontacji bieżących obserwacji z szerszym kontekstem kulturowym.

Mamy też tutaj relacje ze spotkań z Polakami nad Tamizą. Temat modny
ostatnio w Polsce, by wspomnieć, poza licznymi publikacjami prasowymi,
serial telewizyjny Londyńczycy. Poeta pisze: "Jest ich dużo. Są widoczni i
słyszalni. Są rozpoznawalni w przypływach i odpływach różnokolorowych
twarzy - na ulicach, placach, w lokalach. Pracują jako kelnerzy,
ekspedienci, niańki, budowlańcy, hydraulicy, sprzątacze; są widoczni jako
obsługa pasażerów na lotniskach i obsługa klientów w kawiarniach i pubach."

Baran podejmuje tutaj próbę określenia sytuacji polskiej emigracji w
aspekcie ekonomicznym, oświatowym, kulturowym, próbuje zestawić postawy
najmłodszej emigracji z najstarszą, wojenną, patriotyczną, próbuje zrozumieć
istotę pobytu za granicą, zdefiniować tę sytuację: "Na emigracji jest się
wytrąconym z orbity wygodnego i bezpiecznego >>żyje się<< i wtrąconym w
próżnię, z której trzeba się wciąż na nowo wydobywać i odkopywać."

Aczkolwiek Przystanek marzenie nie jest podobnie jak Koncert dla nosorożca w
pełnym tego słowa znaczenia dziennikiem intymnym, to jednak postawa
konfesyjna  jest jego dominującą cechą. "Postawa wyznania - napisała
Małgorzata Czermińska w książce Autobiograficzny trójkąt: świadectwo,
wyznanie, wyzwanie (Kraków 2000) jest charakterystyczna dla dziennika
intymnego skupiającego się na codziennym życiu jednostki". Mamy więc w
dzienniku poety sporo wyznań osobistych, czasem wręcz intymnych, w których
pojawiają się najbliżsi: żona (częściej niż w Nosorożcu), córki, wnuki, a
przede wszystkim matka. Tak rozpoczynają się Wyznania mamy:

"Mama skończyła w lipcu 93 lata. - Żebyś wiedział, Józku, jak jo zazdroszczę
tym co se już leżo spokojnie z ziemio pod głowo, nic ich już nie boli, nie
strzyko, nie kłuje, nie martwi, nie muszo się o nic troszczyć. Święty
spokój."

A jak matka, to również rodzinny Bożęcin, to rzeka Uszwica,  do których
autor dziennika raz po raz wraca. To miejsce na poły sakralne jak u Tadeusza
Nowaka Sikorzyce. Poeci urodzeni na wsi, nawet jeżeli nie uprawiają jak
Józef Baran twórczości tzw. nurtu wiejskiego czy chłopskiego (określenie
Henryka Berezy), nawet jak staną się twórcami uniwersalnymi, wracają do
korzeni, tak jak autor Przystanku marzenie wraca do Borzęcina, tamtejszego
krajobrazu, sąsiadów, krewnych, których zresztą w Nosorożcu było znacznie
więcej.

Pisząc w swoim czasie esej o Koncercie dla nosorożca zwracałem uwagę, iż
tekst ten wyróżnia się szczególną sylwicznością, intertekstualną konwencją.
To samo muszę powtórzyć po lekturze prezentowanej tutaj książki, a także to,
że na tle licznych dzienników pisarzy i poetów, jakie otrzymaliśmy w
ostatnich latach, jest dziełem samodzielnym także poprzez formę.

"Pisanie dziennika - pisze Baran - to jakby próba podniesienia samego siebie
za nogi. To operacja na żywym, w dodatku własnym, organizmie. Trzeba mieć
specjalny rodzaj talentu zabezpieczający przed śmiesznością czy paplaniną
zwierzeniową. Słowem - bez autodystansu ani rusz."

Przyznać muszę, że Józef Baran, autor "dziennika intymnego", taki
"autodystans" osiągnął, mimo iż w jego relacji, obok prób zrozumienia
świata, diagnoz na poły filozoficznych, egzystencjalnych, mamy sporo
wynurzeń bardzo osobistych, bardzo intymnych, dzięki którym możemy głębiej
zrozumieć istotę jego dorobku, jego poezji. Jest to swoista metaliteratura,
swoisty komentarz do własnej twórczości...

 Radio Białystok 

Dziś w Poczcie Literackiej najlepsze sonety i limeryki V-tej edycji Konkursu Literackiego imienia Mikołaja Samojlika.
Ponadto dziś w audycji - nowe wiersze Ewy Kondraciuk i znakomity dziennik literacki Józefa Barana pod tytułem "Przystanek marzenie" wydany przez oficynę Zysk i S-ka.
Warto posłuchać - dziś, 18:05. Zapraszam - Wiesław Szymański.

Przemysław Zawrotny - ROZBRAJAJĄCA ŻYCZLIWOŚĆ – Dwumiesiecznik„LAMPA”

„Przystanek Marzenie” Józefa Barana (ur. w 1947) to naprawdę sympatyczna książka. Jest ona kontynuacją wydanego kilka lat temu pamiętnika poety zatytułowanego „Koncert dla nosorożca”. Jako że pierwszej książki nie czytałem, do „Przystanku” podszedłem bez wstępnych oczekiwań i bez stawiania warunków autorowi.

Z drugiej części pamiętnika Barana bije autentyczność, którą autor od początku zjednuje sobie czytelnika. Nie ma tu pozowania na poetę, jest zamiast tego barwna, przyprawiona anegdotami opowieść o życiu borzęcińskiego twórcy, jego kolegów po fachu (te fragmenty z pewnością najbardziej zainteresują miłośników polskiej literatury, bo pojawiają się w nich tuzy pokroju Mrożka czy Sandauera) oraz przyjaciół, wśród których palmę pierwszeństwa Baran przyznaje Adamowi Ziemianinowi.

Oczywiście nie wszystkie dowcipy są udane – niektóre komentowane przez autora jako przednie przestały śmieszyć pewnie z kilkadziesiąt lat temu (może wtedy były rewelacją?) – jak ten o dwu drużynach piłkarskich, którym można rzucić dwie piłki. Niektóre refleksje o życiu czy polityce zamiast powalić czytelnika celnością, lekko zirytują. Pod tym względem raz jest lepiej, raz gorzej, ale ostatecznie efekt jest wart uwagi.

Uderzająca jest za to życzliwość, z jaką podchodzi do świata autor. Być może jest ona pochodną poetyckiej duszy, dystansu do rzeczywistości i poddaniu się swoim zamiłowaniom. To ostatnie wypominano Baranowi podczas pracy w gazecie. Przystanek marzenie

to właśnie taka chaotyczna opowieść o chodzeniu własną ścieżką, ale niekoniecznie na siłę pod prąd. Książka napisana z humorem i zarazem pozbawiona krztyny złośliwości, nawet w momentach,gdy złośliwość byłaby na miejscu (sprawa więźnia plagiatora).Zawsze myślałem, że takie połączenie jest niemożliwe. W tej ciepłej atmosferze inaczej brzmią nawet dość banalne historyjki o dziewczynie siedzącej na przystanku gdzieś w małym miasteczku w Małopolsce, gapiącej się na autobusy i marzącej o podróżach. No i już wiemy skąd taki tytuł książki.

Bardzo cenne wydają się za to relacje z wypraw do egzotycznych krajów nieco kontrastujące z opisem krajowych perypetii. W końcu Singapur i Maroko to nie są miejsca tłumnie odwiedzane przez Polaków. Rzeczywistość obu krajów Baran sportretował bardzo intrygująco, ukazując mentalność ich mieszkańców. Pisząc o Singapurze dostrzegł dobrobyt, który ma jednak swoją drugą twarz- rozleniwienie intelektualne i brak kreatywności – oraz cenę, czyli całkowitą uległość obywatela wobec władzy. Ustrój azjatyckiego tygrysa wygląda na coś w rodzaju miękkiej dyktatury. Nie każdy, jak widać ma marzenia o wolności.

Wywód w „Przystanku Marzenie” jest dość chaotyczny, ale trudno traktować to jako poważny zarzut, skoro mówimy o spontanicznej formie (lub stylizowanej na spontaniczną).Baran przeplata swój tok myślowy wierszami, własnymi lub przyjaciół, skacze z tematu na temat, urywa wątki, nie dochodząc do puenty. Trochę to drażni, ale pamiętnik dzięki temu brakowi dyscypliny ma swój urok.

Dominik Sołowiej  - recenzja książkowa

Józef Baran to jeden z najciekawszych i najczęściej czytanych w Polsce i za granicą poetów. Jego twórczość była inspiracją m.in. dla Starego dobrego małżeństwa, Elżbiety Adamiak i Hanny Banaszak, a jego wiersze przetłumaczono na kilkanaście języków. Ireneusz Kania napisał o poecie: To moim zdaniem jeden z ważniejszych współczesnych, osobistych głosów naszych wybitnych twórców. Ryszard Kapuściński stwierdził natomiast, że proza Józefa Barana: […] wciąga, zjednuje i podbija czytelnika swoją szczerością, rzetelnością i urodą. Nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka ukazała się kolejna książka krakowskiego poety, kontynuacja Koncertu dla nosorożca - dziennika z przełomu wieków. Przystanek Marzenie to zbiór wspomnień i refleksji, których początek przypada na 2007 rok. Właśnie wtedy Józef Baran obchodził swoje sześćdziesiąte urodziny.

Książka rozpoczyna się od refleksji o starości: Wyobrażam sobie przerażenie pierwszego człowieka, który odkrył, że życie jest nierozłączne ze śmiercią. To podejrzenie, ta myśl, że dotyczy to wszystkich, a więc i jego, rosi mu pot na czole, spędza sen z powiek [...]. Baran zastanawia się, w jaki sposób perspektywa starości i śmierci wpływa na nasze życie, na nasze relacje z bliskimi i przede wszystkim na twórczość. Rozmyślania o przemijaniu stają się dla niego pretekstem do wspomnień, m.in. o krakowskiej Konfraterni Poetów i o takich twórcach jak Jacek Lubart-Krzysica, Andrzej Warzecha, Roman Wysogląd, Adam Ziemianin i Julian Kawalec. Trudno przy tym nie napisać kilka słów o alkoholu, który był, jest i będzie nieodłącznym towarzyszem poetyckich spotkań: podstoliczna [...] była w czasach naszej młodości cudownym wehikułem przenoszącym nas z krainy socjalistycznej szarości do krain nieważkich: do owych surrealistycznych Nibylandii, gdzie wszystko było możliwe: największe głupstwa i najbardziej szalone pomysły [...]

Trzeba olbrzymiej inteligencji i poczucia humoru, by pisać o sobie bez zadęcia, chwaląc się swoimi sukcesami i nie nudząc czytelnika brakiem obiektywizmu. Krakowskiemu poecie udało się to znakomicie: Złośliwi opowiadają niepotwierdzone plotki, że wielka kariera, (jeżeli można tak powiedzieć) Józka jako poety rozpoczęła się od dnia, kiedy w Warszawie na ulicy nomen omen Krakowskie Przedmieście padł na kolana przed zapomnianym już dzisiaj krytykiem Arturem Sandauerem. Ale to nieprawda, ponieważ już grubo wcześniej dał się poznać jako poeta wrażliwy, błyskotliwy, chociaż przywiązany łańcuchem pochodzenia do swoich rodzinnych pejzaży.

Przystanek Marzenie to dziennik, w którym znajdziemy fragmenty niezmiernie interesującej korespondencji między Józefem Baranem a Stanisławem Mrożkiem, a także wspomnienia o Ryszardzie Kapuścińskim oraz relacje z podróży do Singapuru i Stanów Zjednoczonych. Całość przetykana jest pięknymi sentencjami o poezji i pisaniu. Któż inny, jak nie polski poeta, mógł tak pięknie napisać o poezji: Poezja: czułość dla drobiazgów tego świata podniesiona do kosmicznej potęgi... Pisanie: wskrzeszanie do życia śmiertelnie bladej kartki, transfuzja zieleni, dzięki której papier przemienia się na powrót w żywe drzewo szumiące liśćmi, w rozśpiewany ptakami las.

Ale Przystanek Marzenie to opowieść, która nie skupia się wyłącznie na przeszłości i na literaturze. Józef Baran okazuje się być wnikliwym i niezwykle krytycznym obserwatorem polskiej rzeczywistości. Jego, niestety słuszną, opinię o dzisiejszej Polsce wyraża krótki wiersz: Współczesna pipidówa: nikt tu nie zna Platona / za to wszyscy wiedzą co powiedział / śpiewający móżdżek Dody-Elektrody / I penis Sylwestra Stallone. Baran nie sili się na delikatność, kiedy krytykuje sławne postacie pojawiające się na ekranach telewizorów, mówiące do nas przez radio lub sprzedające swoją mądrość w gazetach. Porusza przy tym drażliwy temat: po śmierci znanego człowieka (tak było w przypadku ks. Jana Twardowskiego i Ryszarda Kapuścińskiego), wszyscy wygłaszają wzruszające przemówienia, dyskutują o zmarłym i kupują jego książki. Mija kilka tygodni i wszystko wraca do normy: Na ekrany, na pierwsze strony gazet znów wypływają: Lepper, Kuba Wojewódzki, Żakowski, Najsztub, Ziemkiewicz, aktorki z wziętych seriali, piosenkarki, komentatorzy ubijający codzienną polityczną pianę... Tak, to są naprawdę nasi „Wielcy” na miarę czasów, w których żyjemy... Jednym z przejawów tej rzeczywistości jest spór między Baranem a Piotrem Bogdanowiczem, który przywłaszczył sobie dwa wiersze poety i wykorzystywał je później w konkursach literackich. Sprawa ta stała się głośna za sprawą mediów, które, jak ironicznie pisze autor Przystanku Marzenie, uczyniły z niego (na moment) gwiazdę pierwszej wielkości. Oczywiście nikomu nie chodziło o dobro literatury.

Dziennik Józefa Barana to przede wszystkim wymarzona lektura dla znawców polskiej literatury i życia kulturalnego Krakowa. Bo nie skandale medialne i sprawy z pierwszych stron gazet są w tej książce najważniejsze. Barana interesuje literatura i to, co z literaturą jest ściśle związane. Stąd w Przystanku Marzenie fragmenty poświęcone m.in. Sienkiewiczowi, Leśmianowi i Broniewskiemu, a także refleksje o polskiej szkole krytyki literackiej i życiu bohemy artystycznej. Słusznie zauważyła Anna Dymna, pisząc, że autor jest wspaniałym obserwatorem i psychologiem. Potrafi najzwyklejsze codzienne zdarzenia, zasłyszane rozmowy, a przede wszystkim osobiste przeżycia, łącznie z tymi najbardziej bolesnymi, szpitalnymi, przemienić w czystą poezję. Bo chociaż Edward Stachura uważał, że wszystko jest poezją, a każdy jest poetą, to przy tej drugiej opinii zdecydowanie się mylił. Bycie poetą to szczególna wrażliwość połączona z doskonałym warsztatem pisarskim, więc tylko nieliczni mają prawo posługiwać się tym określeniem. Bez wątpienia należy do nich Józef Baran.

„DOZA KULTURY”, portal internetowy (link:)