Józef Baran

Zaułek poety

cóż mówić o kosmosie
gdy się w lipę wpatrzeć
można się zatracić (...)

Krótka adoracja królewskiej lipy

Fragment książki "Przystanek Marzenie"

13 stycznia. Nigdy nie byłem mocny w rachunkach.

Więc gdy przebudziłem się i przypomniałem sobie, że wczoraj skończyłem sześćdziesiątkę – naszły mnie wątpliwości.

60 lat? 6o lat!

Zaczynam liczyć: 60, a może 59? A może…49? Bo nagle ta okrągła cyfra urosła mi w myślach i wydała się podejrzana…Obracam ją w palcach, nie, nie dowierzam…

Przecież, gdy Miron Białoszewski umierał, miał 60 lat, a już wcześniej przebąkiwał mi w listach o chorobach i starości…

A więc i ja jestem taki stary jak on wtedy?

Przecież mój znakomity ziomek z Sikorzyc, trochę dziś zapomniany, Tadeusz Nowak, gdy umierał miał nie wiele więcej – 61 lat. Już nie mówiąc o wieszczu Julku Słowackim, takim poważnym na fotografiach (39 wiosen), i o jego koledze wieszczu Staszku Wyspiańskim (38 wiosen)… Boże, jacy oni młodzi byli! Nawet Staff, o którym uczyliśmy się, iż już jako młody poeta był stary – na fotografiach Matuzalem – miał w chwili śmierci raptem siedemdziesiąt parę lat.

Ile mi do tego brakuje? Niewiele, więc i ja stary? Choć jak mi się wydaje wyglądam naprzeciw nich - może dlatego że umarłych i do cna sklasyczniałych - jak smarkacz. Podobno odbijamy się we własnych oczach zawsze młodsi o kilkanaście lat…

A może jednak się pomyliłem?

Liczę na palcach, odejmuję, dodaję…

A niech to cholera!

Ciągle mi nic innego nie chce wyjść. Tylko jak byk – KOPA.

Po kopie po chłopie?

PRAWO ŚMIETELNOŚCI

Wyobrażam sobie przerażenie pierwszych ludzi, kiedy odkrywali, że nie są istotami nieśmiertelnymi.

A przecież wydawało im się, że żyją i żyć będą po wsze czasy zespoleni na złe i dobre ze światem, bo dlaczego miałoby być inaczej?

Lecz zauważają jak umiera pierwszy, potem drugi i następni: bracia, kuzyni, siostry, ludzie tacy sami jak oni - kurczą się, zapadają w sobie, rozpadają w proch.

Zaczynają coś podejrzewać…, nie, to niemożliwe, myślą, czyżbym i ja był jak pierwszy lepszy liść, chrząszcz, robak ziemski, jednodniowy motyl, królik, który dopóki kica, to jest, a potem przestaje kicać i go nie ma…

Przyglądają się sobie z niepokojem. Przeglądają się w tafli leśnej strugi z coraz większą podejrzliwością, gdy dostrzegają, jak skóra marszczy się, włosy rzedną, ciało brzydnie, głos słabnie, uszy coraz mniej słyszą – za nawrotem kolejnych zim, wiosen i jesieni .

Stwierdzają, że nogi odmawiają im posłuszeństwa, stają się kłodami i wszystko co dostali od hojnej natury muszą teraz oddać włos po włosie, ząb po zębie, dzień po dniu.

Wyobrażam sobie przerażenie pierwszego człowieka, który odkrył, że życie jest nierozłączne ze śmiercią.

To podejrzenie, ta myśl, że dotyczy to wszystkich, a więc i jego, rosi mu pot na czole, spędza sen z powiek, ale nie ma jeszcze odwagi skrystalizować się w pewność w jego głowie, że ta przemijalność jest fatalną prawidłowością. Oznajmi to pewnego zimowego wieczoru przy ognisku współmieszkańcom jaskini, którzy zostaną po raz wtóry wypędzeni z raju.

I od tej chwili zacznie się stwarzanie bogów i wyposażanie ich w atrybuty, których braki ludzie odkryli w sobie…

Dobudowywanie do Życia i Ziemi drabiny Jakubowem po szczeblach której zaczną się wspinać wyobraźnią w abstrakcyjną Wieczność…

…Stwarzanie Nieziemskiego, Niewidzialnego Wymiaru jako rekompensata za ograniczoność i zamknięcie w cielesnej śmiertelnej pułapce.

Bo jak nie można być nieśmiertelnym tu, to trzeba mieć przynajmniej nadzieję na nieśmiertelność TAM…

*

Nawet nie domyślałem się w młodości, jak to jest ze starszymi ludźmi: dlaczego pokazują się tak rzadko? Teraz wiem – w zaciszu domowym liżą rany zadane przez życie: mierzą ciśnienie, zjadają tabletki, piją syropy, trzymają się za serce, kwękają, kaszlą, parskają, narzekają na żołądek, na migreny, na złe samopoczucie, na niewyspanie i sto innych dolegliwości ciała i duszy. Tylko czasami pokazują się publiczne, piją wódkę, zadają szyku , błyszczą w towarzystwie, wypinają pierś do orderów, dyplomów, przemawiają, podrywają młode dziewczyny, zaskakują mądrością, witalnością, grają role wszystkowiedzących.

…I jeszcze cytat z dzieła lekarza, humanisty i filozofa - profesora Andrzeja Szczeklika, który w swej najnowszej, fascynującej książce „Kore” udowadnia, że nawet o trudnych, zawikłanych medycznych problemach można pisać pięknie, ba, poetycko:

„I tak zaczynamy się oddalać od życia (…) Człowiek starzeje się stopniowo; najpierw cichnie w nim ciekawość ludzi, świata. Z wolna wszystko staje się znane, oczywiste, z rzeczy ulatnia się tajemniczość. Jednocześnie starzeje się ciało, ale nie całe, nie zaraz, lecz w częściach. Słabnie wzrok, słuch, psuje się serce, czy płuca. Jakiś robak nas podgryza. Maleją siły życiowe, nastaje zmęczenie. Każde wyjście z domu staje się problemem, urasta do rangi wydarzenia. Wciąż jeszcze wówczas trwa w nas nadzieja, pragnienie odmiany, nawet radości. Ale kiedy one mijają i nie pozostaje „nic innego tylko pamięć i próżność”, wtedy starość obejmuje bezpowrotnie nad nami władanie. Już tylko nad ciałem czuwamy, nad materią, która pruje się coraz szybciej, bezpowrotnie. Wraz ze starością poczyna zagnieżdżać się śmierć. To, co nas nigdy dotyczyć nie miało, przybliża się, urządza sobie w nas legowisko. Wtapia się w nas (…) puchnie, „butwieje jak pień olchy zwalony w wodę”. Butwiejący pień ciąży mocniej i mocniej. Spłoszone, zagubione znaki krążą po ciele, trafiają do mózgu. Ten próbuje je tłumić, aż osuwa się powoli w depresję. Śmierć nie przychodzi z zewnątrz. Jest w nas. Któregoś dnia znajdujemy ją jak coś, co się znajduje w kieszeni zimowego płaszcza”.

Niektóre fragmenty z rozdziału o „śmierci i umieraniu” mają kadencję zdań zaczerpniętych z antycznych tragedii.

W Szczeklika zagłębiam się dziś ze szczególną pasją, pewnie dlatego, że właśnie walczę od półtora miesiąca z nawrotami choroby (pocę się nocy jak mysz) i jestem już na te nawroty okropnie wkurzony, co udziela się najbliższemu otoczeniu.

Fakt, nie mam cierpliwości do chorowania i bywają momenty, że zaczynam się czuć zmęczony. Poza tym - te różne lęki, przypomnienia okresu chemioterapii i obawy, że, na osłabiony organizm wskoczy znów „tamto” jak koza na pochyłe drzewo…

AUTPORTRET ZIMOWY Z POPIELNICĄ

poszarzało

zmierzchło życie

trzymasz w dłoniach popielnicę

z niedopałkami

po marzeniach

co uleciały z dymem?

*

I pomyśleć, cholera, że jeszcze parę miesięcy temu, podczas „odkrywania” Egiptu, wydawało mi się, że jestem Krzysztofem Kolumbem, pełnym młodzieńczego entuzjazmu!

Bo chyba i tak jest – o czym Szczeklik nie wspomina – że człowiek wielokrotnie w życiu się starzeje, a potem młodnieje, starzeje - młodnieje… i to falowanie, ta sinusoida uzależnione bywają od tego, czy jest ożywiony twórczo nowymi zdarzeniami, czy uprawia recydywę życia: gnuśnieje, psuje się, zwija od wewnątrz, powtarzając jak automat podobne czynności.

Rzecz jasna autor „Kore” nie pisze o starości psychicznej, metaforycznej, tylko o tej zgrzybiałej, ostatecznej, która bezpowrotnie zatapia nas, pogrąża i czyni rozprzęgające się ciało zbutwiałym statkiem z podziurawionym dnem i brakiem możliwości na wypłynięcia…

Starość, jako „zmęczenie materiału” i osłabienie ducha odczuwałem kilkakrotnie w życiu: kiedy miałem trzydziestkę na karku, a zaraz potem po czterdziestce, wreszcie, gdy przechodziłem operację i chemioterapię, a jednak za każdym razem nawracała też młodość, jeśli rozumieć przez nią witalność, ochotę do życia i wysnuwania z siebie marzeń o życiu na kartce papieru, która bierze się, co by nie powiedzieć, z nadwyżki energii w człowieku.

Bo żeby tworzyć trzeba być ciągle od nowa młodym i nie ma na to rady.

Pamiętam, jak Artur Sandauer oburzył się, gdy mój kolega zwrócił się – za mym pośrednictwem - z sugestią zrobienia z nim wywiadu do książki o starości.

– Ja? Starość?

Zaczął mi opowiadać nad czym teraz pracuje, ile ma jeszcze do wymyślenia, do napisania, do zrobienia! Czuł się człowiekiem przyszłościowym, choć z punktu widzenia medycyny był wtedy dość już mocno schorowanym cukrzykiem po siedemdziesiątce.

Moja propozycja wydała mu się bluźnierstwem przeciw jego siłom twórczo-witalnym.

I pamiętam jeszcze, że powiedział wtedy zastanawiające zdanie: - Wie pan, nie przypominam sobie, żeby jakiś wielki pisarz umarł w trakcie pisania dzieła.

„Wierzył w uzdrawiającą moc twórczości. Wierzył, że pisać coś nowego, odkrywczego, to znaczy ni mniej ni więcej tylko młodnieć duchowo. Wierzył, że śmierć czeka z uszanowaniem aż pisarz postawi ostatnią kropkę w ostatnim rozdziale, dopiero wtedy może go zabrać” – pisałem w „Tragarzach wyobraźni”. Sam rzeczywiście dopisał do końca autobiografię „Byłem”…do ostatniego zdania i oddał ją w wydawnictwie na parę dni przed pójściem do szpitala na Bródnie, gdzie zmarł.

DIALOG STARUSZKÓW

- Już mi wypadają z głowy włosy, nazwiska, twarze, słowo po słowie

- A mnie od tego wirowania z Ziemią w koło Macieju kręci się w głowie.

*

Przeczytałem ( z dwuletnim opóźnieniem) „Baltazara” Sławomira Mrożka i napisałem list do autora, który mam nadzieję tym razem wreszcie wyślę, a jeśli nie, to dotrze on do niego poprzez tę książkę:

„ Drogi Sławomirze,

Jestem pod dużym wrażeniem Twojego „Baltazara”, który mnie z kilku powodów zaskoczył. Przede wszystkim nie zdawałem sobie sprawy, że Borzęcin – Twoje i moje miejsce urodzenia – odgrywa tak ważną rolę w Twoim imperium pamięci. Wcześniej myślałem, ze wymieniasz je, ot tak, żeby lepiej brzmiało, bo Mrożek z Borzęcina, to jednak trochę więcej niż Mrożek z Krakowa, zważywszy na drogę, którą przebyłeś i na koło życiowe, które zatoczyłeś.

Po drugie – zaskoczyłeś mnie niezwykłą pamięcią szczegółów topograficznych; może tylko w kradła się jedna mała nieścisłość: z Borzęcina do Krakowa jest jednak dalej niż z Borzęcina do Tarnowa, ale to drobiazg. Poza tym wszystko się zgadza – zapamiętałeś na przykład doskonale drogę z ojcem z Borzęcina przez Dębno do Porąbki (pewnie wspomnienie tej drogi stały się inspiracją dla sztuki „Pieszo”?).

Po trzecie – nie myślałem, że jednak te Twoje pierwsze dwadzieścia lat były równie trudne jak moje, choć ja wylęgałem się z topornego chłopstwa, gdy Ty już stałeś w momencie urodzenia parę szczebli wyżej, ale jednak miałeś nie mniejsze kłopoty, choć innego rodzaju niż ja. Słowem, wzruszyłem się tu i tam, gdy opowiadasz tak szczegółowo o rodzinie, o problemach z ojcem, o wspaniałym porozumieniu z matką, która umarła tak młodo, o jakimś rodzaju sieroctwa, wreszcie o tych wszystkich uciążliwościach związanych z brakiem genu współbrzmienia ze zbiorowością. Ja tego tak mocno nigdy nie odczuwałem.

Nie mam pojęcia czy wiedziałeś o mojej operacji i nowotworze złośliwym jelita grubego? W czerwcu 2002, a więc wtedy, gdy Ty przeżyłeś wylew, byłem już po półrocznej chemioterapii, a bodaj we wrześniu 2002 wydałem „Najdłuższą podróż”, gdzie opisuję również moje perypetie szpitalne. Tę książkę Ci wysłałem nie zdając sobie sprawy z Twojej

choroby (otrzymałem tylko jednozdaniowe podziękowanie). Do niedawno zresztą nie wiedziałem co Ty przeszedłeś i z jakich zapaści musiałeś się wydobywać.

W ubiegłym roku zadedykowałem ci książkę „Koncert dla nosorożca” (moje dzienniki pisane przez 8 lat), ale coś mnie powstrzymywało (brak bezpośredniego adresu?) przed wysłaniem. A jednak chcę, żebyś te książkę miał, tym bardziej że jesteś w niej także na zdjęciu, dlatego dołączam ją dziś do listu Zacytowałem w niej dwa fragmenty Twoich listów, sprawiających mi kiedyś tak ogromną radość. Wbijały mnie one – wówczas młodego poetę – w dumę, z którą niestety w dwu wywiadach się nietaktownie obnosiłem, co Tobie, człowiekowi dyskretnemu, nie mogło się spodobać. Cóż, ja dojrzewałem wolniej niż Ty, wychodzenie spod podłogi trwało dłużej. Pamiętam – o wstydzie! – moje niezbyt mądre zachowanie w Paryżu – wynikające z tego, że byłem kompletnie „zielony”, jeśli chodzi o politykę.

Ale to daleka przeszłość. Było, minęło…

Zresztą, na szczęście dla poety liryka, jakim pozostałem w głębi serca, politykowanie nie jest i dziś mocną stroną, dzięki czemu mogłem się tak dzielnie i długo opierać dziennikarstwu i nawet trzydzieści lat pracy w tym zawodzie mnie nie wyjawiło do cna z wrażliwości i wyobraźni.

Dopiero choroba wyzwoliła mnie z zawodu dziennikarskiego, którego uprawianie wpędzało mnie często w rozpacz, choć – w sumie – dużo mi też dało, ot, choćby jako autorowi „Koncertu dla nosorożca”, powstałego w wyniku mezaliansu poezji z żurnalistyką.

Pracowałem i ja w krakowskim „Dzienniku Polskim”, trochę dłużej niż Ty, bo przez 7 lat.

Zresztą tych analogii z Twoim życiem znalazłem trochę więcej.

Od Pani Rogożowej, Twojej chrzestnej z Borzęcina otrzymałem jak i Ty dwa oprawione tomy roczników bodaj „Tygodnika Ilustrowanego”, czy podobnego tytułu, gdzie zachwycałem się zdjęciami ze Lwowa, Wilna i Kresów. Niestety moja pamięć nie jest tak skrupulatna jak Twoja i nie pomnę z których lat były to roczniki.

W Borzęcinie przeczytałem także tak jak i Ty masę książek, które uwiodły mnie i wywiodły w świat, a później w świat literatury.

„Kapitan Francasse” Teofila Gautiera? – oczywiście pamiętam tę książkę, podobnie jak pamiętam, że „Trylogię” połknąłem w czwartej klasie szkoły podstawowej, przy pasieniu krów na borzęckich wyszczypanych z trawy dróżkach.

Nigdy nie zaznałem emigracji, ale jednak przesiedziałem w Szwecji w sumie rok, przewędrowałem 14 najpiękniejszych stanów w Ameryce środkowej i zachodniej, podczas dwukrotnego tam pobytu, a nawet doleciałem na antypody, między Aborygenów. Ale wszystkie te dłuższe podróże odbyłem dużo później niż Ty, właściwie – po roku 1990.

Twoja błyskawiczna kariera, Twoje podróże – są nieporównywalne z moimi, a jednak śmiem twierdzić, że i ja zatoczyłem – dzięki poezji – opasłe kolisko.

Będę zawsze pamiętał, jak dużo dobrej energii otrzymywałem od Ciebie w listach i jak bardzo mnie one kiedyś krzepiły! Nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy.

A że później były przy spotkaniach różne nieporozumienia? - no cóż, byliśmy ulepieni z tak różnej gliny i dzieliły nas tak wielkie przestrzenie i doświadczenia, że nie mogło być inaczej.

Dziś Ty masz 77 lat, ja – 60 i pomimo tego, że wydawałoby jesteśmy znowu na odległych biegunach, jednak musieliśmy się otrzeć o podobne problemy w szpitalach i odpowiedzieć sobie na podobne pytania i lęki...

Gratuluję Ci książki, którą czyta się jednym tchem i życzę zdrowia: Józef Baran”.

WYCZUCIE PRZEZNACZENIA

Przeglądając stare listy Mrożka, pisane do mnie, wpadłem w podziw nad geometryczną koncepcją jego losu i kapitalną precyzją, z jaką „wykłada” niejasne metafizyczne zawiłości:

„ Najtrudniej człowiekowi wiedzieć kim jest, to znaczy jaki jest i w związku z tym do czego się nadaje i co powinien zrobić, jakie życie wybrać.

Kiedy jest młody, nie wie, bo skąd może wiedzieć i dlatego rzuca się na wszystkie strony. Dopiero kiedy tu i tam się potłucze, narobi szkody sobie i innym, wtedy dopiero pomału kieruje się mniej więcej zgodnie ze swoim przeznaczeniem.

Bo ja wierzę, że istnieje jakiś model idealny dla każdego, tylko dla niego jednego, jakby idealny scenopis od całej wieczności napisany i to w najdrobniejszych szczegół. Nie tylko przewidujący sceny ważne i grubsza, ale nawet najdrobniejsze szczegóły.

Szczęście nie przedstawia mi się już jako osiągnięcie wymarzonych celów, przeze mnie samego wymyślonych i sobie zaprogramowanych, czyli już nie jako wolność, czy też dowolność, absolutna, która wolnie i dowolnie pozwala (rzekomo) życie swoje wymyślać i realizować, ale jako maksymalna zgodność ze swoim przeznaczeniem.

O zgodność tę, chociażby w przybliżeniu, jest niesłychanie trudno, do końca pozostajemy pełni własnych pomysłów na swój temat, i żalu, kiedy te pomysły się nie udają. Tyle, że może właśnie możemy być nie tak aż ich pełni, możemy jednak mieć ich mniej, możemy jednak zbliżać się do przeznaczenia, przeczuwając, że linia, którą sami kreślimy rzadko tylko pokrywa się z jego linią, częściej biegnie koło niej, zataczając się i tylko czasami się z nią przecinając, najrzadziej biegnąc z nią przez chwilę tożsamo.

Dla mnie jednak nie ulega wątpliwości, kiedy rozpatruję, co i kiedy było dobrze, a co źle i dlaczego, że dobrze było wtedy, kiedy miałem poczucie zgodności, choćby jakiej takiej, z owym sobą przed-ustawnym, bardzo dobrze (bo i momenty pełnego szczęścia mi się zdarzały), kiedy ta zgodność była zupełna, źle, kiedy niezgodnie, a najgorzej, kiedy zupełnie niezgodnie.

Jak to wiedzieć?

Nic innego nie potrafię powiedzieć, jak tylko: wyczucie. A co to znaczy i jak to działa, niech każdy sobie rozumie, jak umie. Są tacy, którzy to wiedzą lepiej, tacy co gorzej, jak we wszystkim i w tym nie ma równości, ani sprawiedliwości i ten instynkt, według mnie ważniejszy od biologicznego tylko instynktu przeżycia, nierówno jest między ludźmi podzielony.

Ktokolwiek jednak ma go trochę, temu powiem – równie wiedząc to z doświadczenia – że ten instynkt, wyczucie, intuicja, da się umacniać i rozwijać, że można wyszkolić w sobie ten zmysł przeznaczenia, losu, zgodności z czymś co od nas większe i mądrzejsze (choć może wcale tego nie ma, paradoks)

Oczywiście w sprawach ważnych trudniej czegoś się dla siebie dosłuchać, bo sprawy ważne są bardziej złożone niż nieważne i zagłuszanie większe, niż w sprawach mniej ważnych, czyli prostszych. Decyzje zawsze były dla mnie męką, wielkie decyzje wielką męką, ale dawniej większą męką niż teraz. Podobno dawniej pogańscy kapłani i wodzowie, a potem jeszcze nawet chrześcijańscy, pościli, udawali się w ustronia, wprawiali się w jakąś ważną decyzję. Wcale to nie było takie głupie. Może w ten sposób zyskiwali kontakt z intuicją, czyli wyczuciem przeznaczenia, a w każdym razie na pewno uwalniali się od szumu i zakłóceń.

Z drugiej strony rzecz jest bardziej delikatna. Bo jak łatwo się można wykręcić od czegoś, co trudne i wątpliwe tłumacząc się tym, że „coś mi mówi, że to nie dla mnie”. Jak łatwo się uśpić i zaniedbać, oszukać i zgnuśnieć. Istnieje przecież coś takiego jak: „przejść samego siebie” i może najcenniejsze rzeczy tylko dzięki temu się dzieją. Przy okazji natrafiłem na powiedzenia Paul Valery: „młodość się kończy z chwilą, kiedy robię to, co myślę, a myślę to, co robię” (Czy też coś w tym rodzaju, sformułowanie może jest powtórzone niedokładnie, ale sens dokładnie).

Istnieje sporo przyczyn natury mojej osobistej, ale których spora już część życia upływa mi na wędrówce (nawet, jeśli fizycznie nie zawsze wędruję, tylko siedzę w jakimś jednym miejscu). Jedną z nich jest dość wczesne zdanie sobie sprawy z tego, że do pewnego typu sytuacji nie jestem stworzony.

I sporo jest niestety sytuacji, do których nie jestem stworzony.

Jeżeli się w nich znajdę, niszczą mnie wewnętrznie tak bardzo, że zaczynam wtedy prowadzić życie umniejszone, życie kaleki. Jedyną więc dla mnie radą jest, żeby się nie znajdować w sytuacjach, którym nie umiem podołać i które nie są stworzone dla mnie. Choć to naprawdę jest tylko osobnicza, indywidualna sprawa, bo mógłbym wymienić szereg sytuacji konkretnych, w których ja niedobrze się czuję i szereg osób, po nazwiskach, które w nich czują się jak ryby w wodzie.

Z tego nie wynika, że oni są lepsi a ja gorszy, ani też odwrotnie.

Kiedy nie wiedząc o tym, albo nie pamiętając, ale przez jakiś przekor, upór (że ja jednak wymyślę to lepiej niż moja natura), czy też przez bezwład – wpychałem się w jaką sytuację nie dla mnie, źle się kończyło. Natura dostawała szału. Zaczynałem traktować siebie, wszystko i wszystkich dookoła jak osaczone zwierzę, dopóki nie wyrwawszy się z okrążenia (które raczej nie było obiektywnym osaczeniem, tylko moim osobistym nieporozumieniem ze mną samym) nie pokuśtykałem kulejąc i brocząc w swoje strony. Ale szkód przedtem wyrządziwszy niepotrzebnie. Niepotrzebnie, bo nie trzeba było pchać się tam, gdzie mnie nie posiali (…)”

Prawda, że kapitalne! Mrożek-metafizyk piszący wówczas list do mnie – liczył sobie 46 lat.

Dziś ma 77 lat i domyślam się, że jest o wiele mniej pewny swoich sądów, intuicji i przeczuć. W wywiadzie opublikowanym niedawno w „Dzienniku” odpowiada na pytania „wywiadowcy” krótkimi, gorzkimi zdaniami.