Józef Baran

Zaułek poety

cóż mówić o kosmosie
gdy się w lipę wpatrzeć
można się zatracić (...)

Krótka adoracja królewskiej lipy

Fragment książki „Koncert dla nosorożca. Dziennik poety z przełomu wieków.”

Ania wsród nosorożców

Przez telefon gratuluję Ani Dymnej jej sukcesów. W plebiscycie „Gazet Wyborczej” na najbardziej ulubione Polki zdobyła drugie miejsce – za Jolantą Kwaśniewską… W plebiscycie „Rzeczpospolitej” zaś – znalazła się na pierwszym miejscu w złotej piątce osobowości roku. Ta zawrotna popularność dziwi moją Przyjaciółkę. Jeśli jednak zastanowić się głębiej nad jej przyczynami – można to łatwo wyjaśnić. Mianowicie w czasach, gdy tzw. osobowości publiczne prześcigają się w wyścigu po apanaże, beneficja, „kesz” – ona ofiaruje czas innym. Ta odmieność postawy bije po oczach. Jest jedną z niewielu osób znanych z mediów, której c h c e   s i ę  - działaniem, a nie tylko górnolotnymi słowami – bronić wartości „niedzisiejszych”, upominać o prawa ludzi odrzuconych, pokazywać ich w telewizji. W tym samym czasie jej koledzy i koleżanki w pogoni za szmalem reklamują mydło, podpaski i towary galanteryjne. To oni właśnie złośliwie nazywają ją Matką Boską, Matką Teresą z Krakowa i w zasadzie nie bardzo wiedzą, jak zaklasyfikować jej „fanaberie”. Założyła fundację niepełnosprawnych, biuro, gromadzi pieniądze dla psychoterapeutów, by mogli prowadzić warsztaty z ludźmi upośledzonymi, itd. Polacy to widzą i w czasach totalnego zdziczenia obyczajów traktują Annę Dymną jako wyjątkowo piękne i szlachetne zjawisko.

Na estradzie i w telewizji uśmiechnięta, promieniująca ciepłem i optymizmem. Równocześnie wiadomo, jaką na co dzień płaci za to cenę. Klnąc, narzekając na powszechne zdziczenie, zarywając nocne godziny, umierając ze zmęczenia – „robi swoje”. Gdy „kesz” uderza do głowy polskim politykom i biznesmenom, a także artystom i prezenterom, pyszniącym się w kolorowych pismach, jakimi to są wybitnymi egoistami i nosorożcami – Ania daje koncerty altruizmu. Dlatego zwycięża w rankingach.

JAK CUDOWNIE BYĆ ANONIMOWĄ

(zasłyszane na imieninach u Lucyny M.)
Jedna Gwiazda wybrała się z drugą Gwiazdą na zabawę.

Na zabawie, jak na zabawie, wszyscy tańczą, więc i Gwiazdy chcą tańczyć. Siedzą Gwiazdy, świecą i czekają, a mężczyźni pożerają je wzrokiem, ale żaden nie śmie z Gwiazdą zatańczyć. Tańczą zezowate. Tańczą koślawe. Tańczą anorektyczki i tańczą bulimiczki. Gwiazdy nie tańczą. Gwiazdy czekają.

Mijają godziny, a tu nikt nie podchodzi, nie prosi do tańca, bo a nuż Gwiazda odmówi i co?!

Wreszcie grubo po północy, gdy już Gwiazdy blakną i wybierają się do domu – do ich stolika podchodzi, a raczej podtacza się zalany gość i zamaszyście się kłania przed pierwszą Gwiazdą.

- Panie, teraz pan przychodzisz? Cały wieczór na pana czekałam, a pan się zabzdryngolił… Jak teraz z panem tańczyć? – ofukuje go Gwiazda.
- Pani Aa…aaa…niu – zaplątał się nabzdryngolony – Bardzo panią proszę… niech mi pani nie odmawia… bo ja się… bo ja się…
- No, wykrztuś-że pan!
- Bo ja się założyłem o pół litra z kolegą, że mi pani nie odmówi…
- Ale raz – kontynuuje opowieść Ania (bo ona właśnie była pierwszą Gwiazdą) – jadę pociągiem z Krakowa do Warszawy i w „Warsie” widzę najwyraźniej, że mężczyzna nie patrzy na mnie jak na gwiazdę, lecz – jak na normalną kobietę… To się czuje.
- No i co? No i co?
- Aaa, wszystko chcielibyście wiedzieć – bagatelizuje pytanie Ania – Niech wam wystarczy puenta, że pan okazał się „nietutejszy”…

Co znaczy „nietutejszy”?

Przyleciał właśnie po wielu latach nieobecności w kraju z Australii, nie miał najmniejszego pojęcia kim jest Anna Dymna. Dlatego poczułam się wreszcie w jego oczach osobą anonimową, a do tego kobietą. Cudowne uczucie!

Czekając na Nobla 

Miałem po raz trzeci spotkanie autorskie w Instytucie Kultury Polskiej w Sztokholmie. Na poprzednim zostałem znakomicie zareklamowany przez byłego ministra na uchodźstwie — prawie dziewięćdziesięcioletniego pana Patka, który w trakcie spotkania wstał i poinformował zebranych, że jestem najważniejszym polskim kandydatem do Nobla, co wyjawił mu sam Jerzy Giedroyc.
Nastąpiło wielkie poruszenie, ja w skromności swej nieskromnej — nie zaprzeczałem i nie potakiwałem. W naturalności swojej trwałem, co przydawało mi jeszcze większej chwały w oczach zebranej Polonii, a książki moje szły jak woda. Jednak w dwa dni później pan Patek zadzwonił do mnie z przeprosinami, że moje nazwisko pomyliło mu się z nazwiskiem Barańczaka, i że bardzo, ale to bardzo przeprasza. Obawiał się biedaczek, że sobie wezmę jego słowa zbyt mocno do serca i że będę całymi latami czekał na Nobla jak — nie przymierzając — paru żelaznych polskich kandydatów, którzy oczy wypatrzyli od czekania (gdy tymczasem nagrodę otrzymali inni Polacy)…

Ryszard Kapuściński w telewizji

o wirującej i wrzącej planecie wydarzeń i przeobrażeń. Płynne są granice, państwa, systemy, rządy, imperia. W każdej minucie i w każdej epoce. Jeśli nawet na powierzchni wszystko wygląda zdrowo i porządnie, i wydaje się, że na przykład imperium będzie trwać wiecznie w nienaruszonej postaci, to w głębi zbierają się niewidzialne gołym okiem wirusy i bakterie, które wydadzą śmiertelny bój pozornej stabilizacji.
Rzeczą reportera jest dostrzec te procesy gnilne, rysy na monumencie, prawie niezauważalne zapowiedzi choroby i upadku.
Dziś dużo wie się o świecie, funkcjonują różne techniki informowania, transmitowania bezpośrednich wydarzeń. Powierzchnię wydarzeń szybciej i dokładniej pokaże kamera filmowa. Zadaniem reportera (a myślę też, że nade wszystko poety — J.B.) jest wejście w głąb siebie, opisanie swoich przeżyć, myśli, uczuć — na tle przedstawionego świata, a także tego, co nie potrafimy zarejestrować kamerą prześlizgującą się po skórze wydarzeń. Autentyczność, niepowtarzalność przeżyć pisarza to coś, czego się nie da zaprogramować, podrobić.
Liczyć się będzie nie tyle doskonałość, technika warsztatowa, którą można osiągnąć za pomocą maszyn myślących, co autentyczność, której maszyny osiągnąć w żaden sposób nie potrafią.
Wygląda normalnie, pospolicie, przyciężkawo jak robotnik, urzędnik, nauczyciel skrzyżowany z chłopem średniorolnym. Wysławia się poprawnie, jakby nie miał specyficznego stylu. Skąd i gdzie ukrywa się w nim szaleństwo, nawiedzenie, nienasycenie, które pędzi go z kontynentu na kontynent? Natura żądna przygód i niebezpieczeństw, podróżnika, wojownika, odkrywcy schowana w ciele poczciwca. Tajemnica Ryszarda Kapuścińskiego.

W pociągu

W pociągu Warszawa–Legnica, do którego wskoczyłem we Wrocławiu, natknąłem się na Tomka Jastruna. „Znów jesteś uprzywilejowany; siedzisz w przedziale” — zaczepiłem go, gdy przechodził do toalety… Była to aluzja do naszych spotkań w Sztokholmie w 1989, gdy pełnił funkcję attaché kulturalnego, a ja pojawiłem się u niego jako gastarbeiter.
„To nie ja jestem uprzywilejowany, to tobie stale się zdaje, że jesteś pokrzywdzony” — odparował przytomnie, bo to szermierz zawołany, a w stolicy ich spotkania polegają na słownym fechtunku. Tak jakby wciąż się bali, że nie są na odpowiednim poziomie… Tomka uważam za dobrego poetę i wytrawnego eseistę, ale trochę mnie drażni, że zaprzedał diabłu polityki — wyobraźnię.
Jednak przełamałem się i powiedziałem, że czytam i lubię jego publicystykę, co jest prawdą i czym zapewne sprawiłem sobie samemu, a może i jemu małą satysfakcję. Nie wiedział, czy kpię, czy o drogę pytam, tym bardziej, że przed laty ścięliśmy się ostro w „Przekroju”. Tomek lubi sprawiać wrażenie kogoś, kto jest wciąż w centrum najważniejszych wydarzeń… Nie wątpię, ale mógłby to dyskretniej zaznaczać… Kiedy ja zacząłem o sobie, jakby ziewnął. Powiedziałem, że artyści są potworami z monstrualnie rozwiniętym „ego”. Zgodził się, podał przykład poety X, strasznego egocentryka. „Ale Y jest inna” — dodał. Nie omieszkał zaznaczyć, że pisząc w „Twoim Stylu”, zdobył popularność, która go żenuje. W pociągu, na przykład, rozpoznała go natychmiast jedna z pań siedzących z nim w przedziale. „Co chcesz, to jednak 2 miliony czytelników” — rzucił niedbale cyfrę. „Gdy ogłosiłem w tym magazynie konkurs na wierszyk miłosny — napłynęło 15 tysięcy wierszy…”

A jednak tym razem, ja poczułem się ciut bardziej uprzywilejowany. Jechałem na międzynarodowe spotkanie do Drezna, a on „tylko” na festiwal poezji erotycznej do Lubina. Sytuacja cokolwiek niezręczna dla światowca, nieprawdaż? Wyczuł to bestia i nie omieszkał wyprostować: „Wiesz, ja już jestem taki znudzony tymi wyjazdami zagranicznymi… Chciałbym wreszcie poznać własny kraj”.

Przy wysiadaniu zrobił mi miejsce; pożegnaliśmy się bardzo czule jak krakowiak z warszawiakiem.